Jak nie wpaść w żywieniowy fanatyzm – czyli Raw food i (trudna) codzienność

Steve Pavlina, autor m.in. świetnej koncepcji „30 dni do sukcesu” zmieniając swoje nawyki żywieniowe stosował próbę 30 dni (w sporych odstępach czasu, aby utrwalić już nabyte nawyki) do wprowadzenia najpierw wegetarianizmu, następnie weganizmu, aż po surową dietę. Tak opisuje swoje doświadczenia z Raw food:

„Będąc weganinem już od wielu lat, postanowiłem sprawdzić inne wariacje diety wegańskiej. Przez 30 dni próbowałem zarówno diety makrobiotycznej jak i surowej. To było ciekawe i dało nowe pole do przemyśleń, ale nie kontynuowałem żadnej z nich. Nie czułem się inaczej jedząc makrobiotycznie. A w przypadku diety surowej, zauważyłem znaczący wzrost energii, ale dieta ta była dla mnie zbyt ciężka w realizacji – spędzałem mnóstwo czasu robiąc zakupy i przygotowując posiłki. Pewnie, że można jeść tylko surowe owoce i warzywa, ale żeby robić interesujące, surowe posiłki potrzeba dużo pracy. Gdybym miał własnego kucharza, pewnie zostałbym przy diecie surowej, bo korzyści są tego warte. Zrobiłem drugą 45-dniową próbę, ale wnioski były takie same. Gdyby kiedykolwiek zdiagnozowano u mnie poważną chorobę, np raka, natychmiast przestawiłbym się na dietę surową, ponieważ myślę, że jest to absolutnie najzdrowszy sposób odżywiania. Nigdy nie czułem się bardziej naładowany energią, niż wtedy kiedy byłem na Raw food. Ale nigdy nie potrafiłem uczynić tej diety praktyczną.” (tłumaczenie Jarek Rzeszótko)

 

Raw food jest podstawą najskuteczniejszych diet antynowotworowych. Przykłady osób, które pokonały raka dzięki surowej diecie zagrzewają do walki o zdrowie tysiące ludzi na całym świecie, dając nadzieję, że mimo złych rokowań medycyny konwencjonalnej jest jeszcze ratunek. Czując zagrożenie życia potrafimy w jednej chwili odrzucić stare nawyki i poświęcić wszystko dla ratowania zdrowia. To ogromna, ale jednocześnie ekstremalna motywacja. Nie da się na dłuższą metę żyć na krawędzi. Natomiast wiele osób po wyzdrowieniu nadal pozostaje w tym stanie zagrożenia. A rzeczywistość rządzi się swoimi prawami, czasami zaśpimy i nie zdążymy zjeść śniadania, innym razem nie przygotujemy sobie jedzenia do pracy bo wieczorem potrzebujemy porozmawiać dłużej z bliską osobą lub zwyczajnie pobawić się z dziećmi, a może są dni kiedy w ferworze ważnych spraw wpadamy do domu popołudniu i nie mamy co jeść, nie starczyło czasu na zrobienie zakupów. Osoby które odżywiają się w popularny sposób, w takich sytuacjach idą do najbliższego sklepu i kupują coś do przygotowania na szybko lub jedzą po drodze. Jednak chcąc być wierny zasadom Raw food, po wejściu do supermarketu w zasadzie nie znajdziesz nic odpowiedniego – nawet warzywa i owoce odpadają bo nie są ekologiczne, a jeżeli akurat jest zima i chcesz się odżywiać produktami lokalnymi, to w zwykłym sklepie znajdziesz tylko marchewkę, pora i buraczki. Co więc zrobić w takiej sytuacji?

 

Głód to najgorsza krzywda jaką możemy wyrządzić swojemu organizmowi. Żadne śmieciowe jedzenie nie jest gorsze od braku pożywienia. Wyjątkiem jest cukier, który jest gorszy od głodu – organizm z najbardziej fast foodowego jedzenia wyciągnie jakieś wartości odżywcze, natomiast na strawienie cukru zostaną zużyte tylko wewnętrzne rezerwy. Jeżeli zdarzy Ci się sytuacja, że z jakiegoś powodu nie będziesz miał przygotowanego nic surowego, a z głodu za moment wbijesz zęby w stół – zjedz cokolwiek (oprócz cukru). To może być biała bułka, ryż z warzywami itd. Coś co masz pod ręką. Wszystko jest w najlepszym porządku. Kiedy na co dzień zdrowo się odżywiasz masz spore rezerwy enzymów, mikroelementów i witamin. Wrócisz spokojnie do domu, po drodze zrobisz zdrowe zakupy (głód jest najgorszym doradcą, robiąc zakupy „na głodzie” dokonujemy najgorszych wyborów żywieniowych), wypijesz zielony sok, dużo wody i przygotujesz surowe jedzenie na następny dzień. Może się też zdarzyć, że masz ochotę wyskoczyć w weekend z przyjaciółmi do włoskiej restauracji. Masz do tego prawo. Znowu – po powrocie do domu napijesz się zielonego soku i dużej ilości wody, zjesz dużą sałatkę. Twój organizm ma się świetnie, tym bardziej, że jesteś zadowolony. Nawet Kris Carr od czasu do czasu podjada wegański, pieczony sernik ;)

 

Wyrozumiałość. Wiele osób (w tym ja na początku) chce zmienić dotychczasowe nawyki żywieniowe w ciągu jednego dnia. Ale to się nie udaje… Kolejnego dnia też nie… I następnego… Mija tydzień i udało nam się zrezygnować z jednej rzeczy. Porażka na całej linii! Takie podejście do zmian gwarantuje tylko jedno – zrezygnujemy z diety po miesiącu z rozgoryczeniem wyrzucając sobie, że nie daliśmy rady. Na temat moich doświadczeń z okresu przejściowego szerzej pisałam w poście Jak przejść na Raw food i nie zwariować, tutaj chciałabym bardzo wyraźnie pokreślić, że np. Robert O. Young, twórca koncepcji równowagi kwasowo-zasadowej organizmu przechodził na Raw food przez … 2 lata! Jest w tej chwili w 80% na surowym pokarmie (zasadowym) i w 20% na gotowanym (kwasowym). Jego 13-letnia córka nadal nie jest na surowej diecie. Jeżeli nie możesz z czegoś zrezygnować w tej chwili, to widocznie nie przyszedł na to jeszcze czas. Okaż sobie wyrozumiałość. Nie ma sensu robić niczego na siłę, ani się obwiniać. Dzisiaj się nie udało, trudno, jutro też jest dzień. To nie wyścig na (za)wysoko ustawione poprzeczki, kto szybciej przejdzie na Raw food. Pamiętaj, że robisz to dla zdrowia, ale też lepszego samopoczucia.

 

Nastawienie ma (kluczowe) znaczenie.

Poprzez skupianie się na coraz większej ilości zakazów, a nie na uprzyjemnianiu sobie spożywania zdrowych produktów poprzez np. eksperymentowanie z przepisami, sprowadzamy naszą niesamowicie inspirującą chęć odzyskania/utrzymania zdrowia oraz szacunek do Planety i zwierząt, do koszmaru. Dieta nie może być smutna! Nastawienie do tego co spożywamy ma fundamentalne znaczenie. Zrozumiałam to po historii jaka przydarzyła mi się podczas mojego pierwszego, nieudanego przejścia na Raw food. Wybrałam się jak zwykle do warzywniaka, żeby kupić warzywa na zielony sok. Kiedy doszłam do skrzynki ze szpinakiem, zauważyłam że obok leżą bardzo podobne do szpinaku, małe listki. Ucieszyłam się, że to młody szpinak, wzięłam trochę (bo były dość drogie) i zadowolona wróciłam do domu. Po wyciśnięciu soku okazało się, że jest strasznie kwaśny, pierwszy raz taki wyszedł. W pierwszym momencie pomyślałam, że warzywa były nieświeże, potem przyszło mi do głowy, że to jakieś chemikalia, pestycydy i nie wiadomo co jeszcze (wtedy nie kupowałam jeszcze warzyw ekologicznych). Uznałam to jednak za mało prawdopodobne. Niemniej piłam sok z rosnącym niepokojem. Oczywiście rozchorowałam się (dodam tylko, że żaden zielony sok mi jeszcze nie zaszkodził). Następnego dnia poszłam do warzywniaka żeby podpytać o sprzedawane tam warzywa. Po wejściu zauważyłam karteczkę na skrzynce obok szpinaku, z której poprzedniego dnia wzięłam kilka liści. To był szczaw, a nie młody szpinak ;) Ponieważ nie sądziłam by szczaw i to w tak małej ilości mi zaszkodził, kupiłam w celach eksperymentalnych taki sam zestaw jak poprzedniego dnia. Wycisnęłam, wypiłam i… czułam się świetnie. Następnego dnia piłam ten sam zestaw, z jeszcze większą ilością szczawiu. Nadal wszystko było ok. Dało mi to do myślenia, zaczęłam szukać informacji na ten temat. I oto co odkryłam: nasze zmysły, szczególnie węch i smak, ostrzegają nas przed nieświeżym czy niejadalnym pokarmem. Bodźce z receptorów węchowych czy smakowych trafiają do mózgu, informując czy dane pożywienie jest jadalne czy trujące. Układ immunologiczny zostaje postawiony w stan gotowości. Jeżeli żywność jest odpowiednia znaczna część leukocytów odpływa, a gdy pożywienie jest toksyczne następuje ostra reakcja organizmu. Jeśli nasze myśli o spożywanym jedzeniu są negatywne, organizm traktuje taki pokarm jakby był toksyczny. Gdy dieta jest smutna, gdy czujemy, że odbieramy sobie coś ważnego, gdy w końcu nienawidzimy tego co jemy, bez względu na to jak niesamowicie wysokiej jakości nie byłby to pokarm, staje się on niezdrowy.

 

Sporym problemem, choć rzadko poruszanym, jest trudność w przyznaniu się do nieskuteczności sposobu odżywiania, gdy jest on oparty w dużym stopniu na etyce. Przechodzenie na wegetarianizm i weganizm w sposób spontaniczny, nieprzemyślany, wynikający z poznania szokującej prawdy na temat zwierząt hodowlanych w przemyśle mięsnym i mleczarskim, bez ustalenia wcześniej zróżnicowanej diety, często kończy się źle. Jest to bardzo trudna mieszanka etyki i odżywiania, w ekstremalnych przypadkach traktowana niemal jak religia. Dopiero poważne niedobory czy nawet schorzenia są sygnałem do obiektywnego spojrzenia na faktyczny stan zdrowia i wprowadzenia koniecznych modyfikacji codziennego jadłospisu. Nie próbuję tu bynajmniej powiedzieć, że wegetarianizm czy weganizm jest zły. Niemniej podejmując decyzję o wyłączeniu mięsa i produktów odzwierzęcych z diety weźmy w głównym stopniu pod uwagę potrzeby naszego organizmu. Nie chodzi o to, aby przejść szybko, ale żeby przejść skutecznie. Przecież chcemy pokazać światu, że jesteśmy zdrowsi i wiedziemy satysfakcjonujące, pełne życie bez zabijania zwierząt. A nie, że po przejściu na weganizm męczymy się i mamy niedobory. Wiem, że początkowo jest to trudne, bo pod wpływem emocji chcielibyśmy uratować wszystkie zwierzęta na Ziemi. To piękne i z pewnością przyjdzie na to czas. Ale choć świat idei nadaje naszemu życiu sens, pamiętajmy, że dieta w pierwszej kolejności powinna być rozpatrywana w kategorii dostarczania naszemu organizmowi niezbędnych wartości odżywczych, a dopiero potem jako świadome (powolne) kształtowanie wyborów żywieniowych, aby jak najmniej szkodzić Planecie i nie przyczyniać się do cierpienia zwierząt.

 

I w końcu najważniejsze… Dieta jest dla życia, a nie życie dla diety. Jeżeli chcemy wprowadzić Raw food za szybko, zastosować się od razu do wszystkich zakazów, cały rok być w 100% na surowo, bardzo szybko okazuje się, że w naszym życiu nie ma już miejsca na nic innego. To straszna perspektywa. Zmieniamy nawyki żywieniowe żeby prowadzić długie, zdrowe i satysfakcjonujące życie, ale przecież nie pomiędzy jednym a drugim brokułem, bo sami w końcu stajemy się warzywem. Raw food to afirmacja – życia, zdrowia, natury i radości. Nie zamieniajmy sobie tego w koszmar.

 

 

 

Foto by Vanessa Van Meerhaeghe



Copyright Monika Trawinska 2014.