Zakochaj się w rzeczywistości – podsumowanie mojego miesiąca bez komputera

Ha! 30 dni minęło i jestem :) Na początek chciałam Wam bardzo, bardzo gorąco podziękować za komentarze i wiadomości. Jestem naprawdę wzruszona entuzjazmem i pozytywną energią jaką mnie obdarowujecie. Dobrze znowu być z Wami :D

 

Trudno mi opisać ten miesiąc bo mam wrażenie jakbym wróciła z bardzo długiej podróży choć nigdzie nie wyjeżdżałam. Ale od początku…

 

Pierwszy tydzień był bardzo ciężki. Kiedy wyłączyłam komputer, włączyłam telewizor. Kiedy wyłączyłam telewizor, sięgnęłam po gazetę. Ciągle trawiło mnie uczucie, że świat zaczyna mnie wyprzedzać, a ja zostaję w tyle. Tyle ważnych informacji mi przepadało! Decydując się na to doświadczenie zdawałam sobie sprawę ze swojego uzależnienia od internetu, jednak te pierwsze dni pokazały mi, że nie do końca o internet tu chodzi. Hasło „żyjemy w dobie informacji” nabrało dla mnie nowego znaczenia. Dlaczego? Bo to od informacji jesteśmy uzależnieni, a nie od poszczególnych nośników takich jak telewizja czy internet. Nie próbuję powiedzieć, że dążenie do zdobywania wiedzy jest złe. Gdyby nie internet nie dowiedziałabym się o Raw food i pewnie bym nie wyzdrowiała. Nie poznałabym wielu inspirujących, wspaniałych ludzi. Jednak to ta dobra strona. Zła jest taka, że ten ciągły szum informacyjny oddala nas od samych siebie. Kiedy mamy problem odruchem staje się wpisywanie go w wyszukiwarkę. Jeśli sprawa dotyczy czysto technicznych lub naukowych zagadnień to pewnie tego nie unikniemy. Ale coraz więcej z nas szuka w internecie odpowiedzi na pytania których tylko my sami możemy sobie udzielić: jak się motywować? co zrobić by odzyskać entuzjazm? jak pozbyć się ciężaru przeszłości? jak wybaczyć? itd. Nie bez powodu różnego rodzaju strony, fora, blogi dotyczące NLP i innych tego typu technik cieszą się ogromną popularnością. I to też nie jest złe. Pułapka polega na tym, że porady lub przykład innych to „gotowce”, które mogą się nijak mieć do naszych osobistych potrzeb. Stosując je niejednokrotnie sami siebie skazujemy na porażkę – jak może rozwiązać nasz wewnętrzny problem odpowiedź, której udzielił ktoś inny? Często nie znając nas nawet? Stosujemy więc najróżniejsze metody, które nie przynoszą oczekiwanego efektu, jesteśmy zniechęceni, czujemy bezsilność, szukamy więc następnej techniki. Kolejna zawodzi, jesteśmy coraz bardziej zniechęceni i czujemy się jeszcze bardziej bezsilni, aż w końcu rezygnujemy uznając, że nie potrafimy lepiej żyć, być zdrowsi, bardziej radośni i (nad)zwyczajnie szczęśliwi. A tak naprawdę nie potrzebujemy internetu, telewizji czy prasy, aby znaleźć odpowiedzi na dręczące pytania – wszystkie są w nas.

 

Drugą kwestią jest życie „życiem innych”. Czytając artykuły, czy blogi osób które podziwiamy widzimy wycinek, w większości, tej ładniejszej części ich życia. Często nie uświadamiamy sobie, że danej osobie dojście do takiej kondycji ciała i ducha zajęło wiele lat. Teksty czy zdjęcia powstają szybko – nawet z dnia na dzień, ale doświadczenie jakie za tym stoi to niejednokrotnie kilkadziesiąt (kilkaset) dni mozolnej, żmudnej pracy. Kiedy chcemy powtórzyć sukces tej osoby oczekujemy zmian następujących równie szybko jak publikowanie postów na blogu. I przychodzi rozczarowanie… Co robimy? Znowu – zamiast w kierunku samych siebie („w porządku, mi to tyle zajmuje, ale i tak jest super”) zwracamy się do innych, bo sobie lepiej radzą, bo może są bardziej wytrwali itd. Nie są, po prostu widzimy ich w momencie w którym odnieśli już sukces. Za jakiś czas będziemy mogli powiedzieć to samo o sobie.

 

Trzecia rzecz to chaos jaki wprowadzają informacje i porady innych do naszego życia. Swego czasu bardzo lubiłam czytać miesięcznik psychologiczny „Charaktery”. Aż do czasu kiedy odkryłam, że z każdym numerem gazety uświadamiam sobie swój nowy problem. Napędzało to uczucie, że ciągle jest coś nie tak, tyle jeszcze muszę zmienić, nie zdążę się uporać z jedną sprawą już przychodzi następna (z kolejnym numerem gazety). Nie chcę tutaj pisać o działaniach marketingowych mających na celu wytworzenie sztucznych potrzeb (które można zaspokoić tylko danym produktem), bo to jest dość oczywiste. Natomiast wiele osób nie zdaje sobie sprawy z rozproszenia jakie wywołuje dzielenie się na forach i innych serwisach społecznościowych swoimi przemyśleniami kiedy jeszcze nie jesteśmy pewni ścieżki jaką chcemy podążać. Każdy ma intuicję co jest akurat dla nas najlepsze i bierze pełną odpowiedzialność za swoje decyzje. Słuchanie porad w sytuacji kiedy nie mamy ugruntowanej opinii jest słuchaniem czyjejś intuicji. Najczęściej ludzie którzy nam doradzają robią to z naprawdę najlepszymi intencjami, należy im się za to wdzięczność, ale nikt nie zna nas tak dobrze, jak my sami.

 

W świetnym artykule Joanny Nikodemskiej z  miesięcznika Focus czytamy: „Z badań wynika, że mózg obcujący niemal stale z internetem zaczyna pracować na innych obrotach. Przede wszystkim nie nadąża z przetwarzaniem informacji (dziennie wchłaniamy ich nawet 34 gigabajty, co odpowiada 100 tys. słów) i przechodzi w tryb awaryjny. Odłącza korę przedczołową, część odpowiedzialną za empatię, altruizm, tolerancję. W efekcie człowiek obojętnieje na to, co nie dotyczy go osobiście. Aby zareagować na widok potrzebującego, potrzebuje już nie dwóch, ale aż ośmiu sekund – wykazali naukowcy z University of Southern California. Tyle czasu zajmuje przetworzenie tego, co widzimy, na to, co czujemy. Ci, którym internet towarzyszy stale od dzieciństwa, coraz bardziej przypominają ludzi chorych na autyzm. Mają problemy z komunikowaniem uczuć, rozumieniem cudzego punktu widzenia i utrzymywaniem relacji społecznych: unikają kontaktu wzrokowego, słabo radzą sobie z odczytywaniem mowy ciała – uważa prof. Gary Small, psychiatra z University of California w Los Angeles, nazywający to młode pokolenie Cyfrowymi Tubylcami. Zapamiętują oni mnóstwo informacji, ale nie potrafią ich interpretować ani zrobić z nich użytku – kreatywność bardzo się dziś ceni, ale coraz mniej ludzi jest do niej zdolnych.”

 

Kiedy po ok tygodniu udało mi się uspokoić umysł, odkryłam, że ostatnio przez ten szum informacyjny miałam naprawdę kiepski kontakt sama ze sobą. Umknęło mi kilka marzeń, ciągle sama sobie podcinałam skrzydła. Niemal nie odstępował mnie trudny do zlokalizowania niepokój, jakaś presja. Traciłam czas i energię na siedzenie przed komputerem zamiast ulepszać własną rzeczywistość, wcielać w życie marzenia czy zwyczajnie posiedzieć z drugim człowiekiem.

 

 

 

 

Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się na ten miesiąc bez komputera. Z oczyszczonym umysłem i bliżej siebie tegoroczne porządki wiosenne będą wyjątkowo gruntowne. Jedną z ważnych decyzji jakie już podjęłam jest zorganizowanie spotkania na temat Raw food. Uhm, czuję się jak przed pierwszą randką, drżenie rąk, miękkie kolana ;)

 

Niniejszym zapraszam 14 maja (sobota) do Warszawy na bezpłatne spotkanie – w roli głównej zobaczymy Raw food, z delikatnym tłem mojej osobistej historii powrotu do zdrowia. Więcej szczegółów wkrótce, ale już dzisiaj zarezerwujcie sobie czas ;)

 

Jak już być może zauważyliście RAWolucja jest od dzisiaj dostępna na Facebooku. Zapraszam do dołączenia. (Box po prawej stronie bloga, pod opisem)

 

A teraz przyznajcie się ile pączków już dzisiaj zjedliście? ;)



Copyright Monika Trawinska 2014.