„Uciec z ubojni dusz” część 1 i 2

Gorąco polecam obszerne fragmenty artykułu Roberta Siewiorek, który ukazał się w Gazecie kilka tygodni temu. Oby więcej takich tekstów w mainstreamowych mediach!

 

„Tysiące ludzi spędzają życie w pracy, której nie znoszą, by móc kupić rzeczy, których nie potrzebują, żeby zrobić wrażenie na ludziach, których nie lubią. Dosyć!

 

[…]

 

W pałacach korporacji

Warszawa, czwarta nad ranem. Andrzej, prezes dużej firmy, wysłał maila do swego szefa: „Piotrze, w sprawie raportu, który dla Ciebie piszę, zgłoszę się jutro przed południem. Chcę obgadać parę świeżych pomysłów”. Odpowiedź nadeszła błyskawicznie: „Andrzeju, dzięki serdeczne. Idź spać”.

Dziś Andrzej zapewne uważa, że się opłaciło: jest jednym z ostatnich, którzy w upadającej firmie ocalili posadę. Przetrwał, bo należy do nowej klasy pracowników, których w ostatnich dziesięcioleciach wyhodowały korporacje – współczesnych kamerdynerów, dzięki elektronice dyspozycyjnych o każdej porze dnia i nocy. Reprezentuje nową klasę ludzi, których domy przestały być sanktuarium prywatności, a stały się służbówkami w pałacach korporacji. I których bliscy – nieważne czym się zajmują – są co najwyżej rodzinami służących.

Andrzej należy do rzeszy tych, na których barkach korporacje odbudowały feudalne relacje między ludźmi.

Shawn Achor, prezes firmy konsultingowej Good Think inc. i wykładowca psychologii pozytywnej na Harvardzie, tak opisuje filozofię systemu korporacyjnego: „Większość firm i szkół wierzy w ten sam przepis na sukces: im ciężej będziesz pracował, tym większy sukces osiągniesz. A im większy będzie ten sukces, tym będziesz szczęśliwszy. Tyle że to fałszywy przepis. (…) Ilekroć odnosisz sukces, podświadomie podnosisz poprzeczkę tego, co będziesz uznawał za sukces w przyszłości. Dlatego poczucie szczęścia oparte na tej logice nigdy nie nadchodzi”.

Ale nie nadchodzi także dlatego, że staliśmy się zakładnikami wyobrażeń, jakie mamy na temat siebie samych. Tak uważa m.in. Dalton Conley, dziekan wydziału nauk społecznych na Uniwersytecie Nowego Jorku, autor książki  „Elsewhere, U.S.A.” (Gdzie indziej, USA), nazwanej przez „Los Angeles Times” m.in. książką o „rozmywaniu granic między tym, co prywatne, a tym, co publiczne, i komercjalizacji wszystkiego”.

Według Conleya większość z nas przecenia własną niezbędność dla firm. A to powoduje, że mamy do czynienia z samospełniającą się przepowiednią: „Jeśli wciąż jesteś dostępny, oczekuje się od ciebie, byś dostępny był”. To oczekiwanie traktujesz potem jako dowód, że miałeś rację: byłeś niezbędny.

 

 

Życie w rozpaczy

Tyle, że to tylko złudzenie, próba zagłuszenia lęku i poczucia braku kontroli nad własnym losem. – Tysiące ludzi wiodą życie w niemej rozpaczy, spędzając długie, męczące godziny w pracy, której nie znoszą, by móc kupić rzeczy, których nie potrzebują – po to, żeby zrobić wrażenie na ludziach, których nie lubią – mówi Marsh.

Korporacje, które udoskonaliły ten system w stopniu dotąd niespotykanym, stały się „ubojniami dusz”. Idylliczny sen Marsha o dniu powszednim – z seksem przeplatającym się z pracą, spotkaniami z bliskimi, rozrywką i sportem – jest swego rodzaju utopijną ucieczką przed apokalipsą.

Dlaczego wolny czas stał się największą ofiarą produktywności, choć miał być jej najcenniejszym darem? Przez system. Pracujemy bez opamiętania, bo zmuszają nas do tego wymagania ekonomii – ogłosiła na początku lat 90. Juliet B. Schor, ekonomistka z Harvardu, autorka książki „The Overworked American” (Przepracowany Amerykanin, 1993).

„Bez względu na to, jak dużo masz, nie poczujesz się dobrze, jeśli Jones z sąsiedztwa ma więcej” – pisze. Mechanizm działa tak: 1) pracodawca oczekuje, że będziesz dłużej pracował, i ci za to płaci; 2) zapłata nakręca twój głód rzeczy: kupujesz telewizor, samochód, dom; 3) luksus staje się dla ciebie artykułem pierwszej potrzeby; 4) zadłużasz się, bo musisz nadążyć za Jonesami z sąsiedztwa; 5) wracasz do pracodawcy, by znów nie dać się zostawić Jonesom w tyle i móc spłacać długi.

Dlatego pracodawcy, zarabiając na tym, że ścigasz własny ogon, wolą (oszczędnie) dać ci premię lub podwyżkę niż więcej wolnego czasu. Formuła „czas to pieniądz” oznacza w tym przypadku zamianę czasu na pieniądze. „Pracowanie – wydawanie stało się potężną dynamiką powstrzymującą nas od bardziej zrelaksowanego stylu życia” – konkluduje Schor.

 

 

Gdy dom staje się pracą

Problem w tym, że morderczy wyścig Jonesów i Smithów nie jest jedynie wypadkową rywalizacji, zawiści i pychy. Jest także czymś, bez czego współczesnych Jonesów ani Smithów w ogóle by nie było. Prof. John Stutz, ekspert w dziedzinie wpływu konsumpcji na człowieka, ekonomię i środowisko, podaje parę powodów, dla których w rozwiniętych społeczeństwach nawet bogaci nie pracują mniej, by cieszyć się życiem: „W mobilnym społeczeństwie takim jak nasze istnieje potrzeba ciągłego konstruowania i dekonstruowania własnej osobowości. Konsumpcja – wybór domu, samochodu, ubrań itp. – odgrywa w tym procesie ważną rolę. Konsumpcja związana z pozycją społeczną nie wynika z głębokiego niedostatku, głodu, pragnienia, ale raczej służy kreowaniu przewagi”.

Daliśmy się wprząc w kierat pracy karmiącej konsumpcję, bo tylko tak możemy udowodnić, że jesteśmy coś warci. Mnogość zdobytych dóbr niczego tu nie zmienia i nie służy otwarciu jakiejś upragnionej przestrzeni wolności i odpoczynku.

A może istota rzeczy tkwi nie w przymusie, lecz wdobrowolnym wyborze tego, co bardziej nam odpowiada? –zastanawia się Arlie Hochschild, socjolożka z Berkeley, w książce „The Time Bind. When Work Becomes Home and Home Becomes Work” (Zmora czasu. Kiedy praca staje się domem, a dom pracą, 1997). Przecież dlatego spędzamy życie w pracy, bo tego chcemy. Praca stała się dla nas źródłem większej przyjemności niż dom i rodzina. Została „udomowiona” –mamy w niej przyjaciół, obchodzimy urodziny, nawiązujemy romanse.

To dlatego właśnie dom stał się jeszcze jednym miejscem pracy. W nim też zaczęły obowiązywać prawa profesjonalizacji czy kompresji etatów, przez co część opiekuńczych funkcji przejmują zawodowe opiekunki do dzieci czy terapeuci. Miarą wartości rodzicielstwa jest dziś nie to, jak dużo rodzice spędzają czasu z dziećmi, ale jak dobrze – dzięki pracy rodziców –tym dzieciom się powodzi. W zamian oczekujemy od dzieci, jak od pracowników, wydajności: ich czas pracy ma być efektywnie wykorzystany.

Nasze relacje z bliskimi ubożeją proporcjonalnie do rozwoju więzi z kolegami z pracy, a z czasem stają się kadłubowe i toksyczne. Dzieci są nadąsane i małomówne, rodzice rozżaleni, dziadkowie uciążliwi.

 

 

Pracolaks
Dawno się już zatarły granice między pracą a rozrywką. Dalton Conley ukuł nawet specjalny neologizm, który brzmi równie złowieszczo co Orwellowska „myślozbrodnia”. To „weisure” –zbitka dwóch pojęć: „work” (praca) i „leisure” (czas wolny, relaks). Dziś nie ma wypoczynku w stanie czystym –jest „pracolaks” lub „odpopraca”: odbieranie służbowych SMS-ów podczas spaceru z dziećmi, służbowe maile z łóżka…
Żyjemy w Społeczeństwie Gdzie Indziej – twierdzi Conley – bez dawnej tożsamości. Tradycyjne wartości (rodzina, dom, obyczaje) zostały w nim zduszone. W tym świecie rozrywka jest dla biednych (bogaci nie marnują na nią czasu), razem są te rodziny, które do siebie „tekstują”, a dzieci to inwestycja. Nie potrafimy już porządnie odpoczywać, bo podświadomie traktujemy odpoczynek jako próżniactwo. Relaks jest usprawiedliwiony tylko wówczas, gdy w jego trakcie zrobimy coś „pożytecznego”.

Ten świat „weisure” i Społeczeństwa Gdzie Indziej XIV Dalajlama opisał jako rzeczywistość, w której „mamy większe domy, lecz mniejsze rodziny; więcej wygód, ale mniej czasu”; „więcej wiedzy, lecz mniej rozumu; więcej ekspertów i więcej problemów”. I jeszcze: „To czas fast foodów i powolnego trawienia; wysokich mężczyzn i małych charakterów. Wielkich korzyści i płytkich związków. To czas, w którym dużo jest w oknie, ale nic w pokoju”.

 

 

Gdy szef jest bęcwałem

Jeśli postrzegasz swoje miejsce pracy jako nieprzyjazne, a szefa jako niekompetentnego czy uciążliwego idiotę, możesz szybciej umrzeć – ostrzega Anna Nyberg ze sztokholmskiego Karolinska Institutet w„The Impact of Managerial Leadership on Stress and Health Among Employees” (Wpływ kierownictwa na stres i zdrowie pracowników, 2009). Odkryła ona, że taka sytuacja może wywołać anginę, bóle w klatce piersiowej, zawał, a nawet przedwczesną śmierć. Co ciekawe, ten zabójczy wpływ kiepskich liderów jest niezależny od dochodów podwładnych, ich pozycji społecznej, obciążenia pracą, palenia, braku ćwiczeń fizycznych, a nawet stwierdzonych chorób serca. Wniosek: bęcwał na stanowisku jest zagrożeniem w stanie czystym.

Choć nie wszystko można zwalić na bęcwałów. Zbyt długa praca może wykańczać cię niezależnie od szefa. Dwa lata temu Marianna Wirtanen z Fińskiego Instytutu Pracy w Helsinkach opublikowała wyniki badań, którym w latach 1990-2000 poddała 6 tys. Brytyjczyków i Brytyjek od 31. do 60. roku życia. Ci, którzy pracowali po 10-11 godz. dziennie, byli o 60 proc. bardziej narażeni na choroby serca i przedwczesną śmierć niż pracujący w normalnym wymiarze. Wirtanen odkryła też, że modelowy pracuś ofiarnik jest młodym mężczyzną o ponadprzeciętnych kwalifikacjach zawodowych.

Z wiekiem odporność takich ludzi na skutki zawodowych niepowodzeń słabnie. Daniel G. Sullivan, szef badań w Banku Rezerw Federalnych Chicago, i Till von Wachter, ekonomista z Columbia University, przeanalizowali dane dotyczące robotników z fabryk w Pensylwanii w latach 70. i 80. Odkryli, że śmiertelność wśród tych z dużym stażem pracy, którzy zostali zwolnieni, była od 50 do 100 proc. wyższa niż wśród osób, które posadę zachowały. Dlatego m.in. stres wywołany utratą pracy jest traktowany przez psychologów jako doświadczenie równie traumatyczne jak rozwód czy śmierć ukochanej osoby.

Paradoksalnie jednak zachowanie posady wcale nie załatwia sprawy – i to nawet gdy szef był znośny, a godziny pracy do przyjęcia. Psychicznie i fizycznie może cię bowiem wyniszczyć już sam strach o to, że możesz pracę stracić. Sarah A. Burgard z Uniwersytetu Michigan nazwała to zjawisko „czekaniem na but, który cię wykopie”.

Tak wygląda wolnorynkowa karykatury Heideggerowskiego pojęcia życia jako „bycia ku śmierci”. Powszechna dziś definicja sukcesu prowadzi do tego, że – jak zauważa Marsh – „wygrywa ten, kto w chwili śmierci ma najwięcej kasy”.

 

 

Nie bądź sierotą
Jak się ratować? Marsh uważa, że ocalić się możemy tylko my sami: „Jeśli sam nie zaprojektujesz swego życia, zrobi to za ciebie ktoś inny, tyle że cudza definicja równowagi między pracą a życiem może ci się nie spodobać”. Nie powinieneś powierzać jakości swego życia firmom, bo one są tak zorganizowane, by wyciągnąć z ciebie, ile się da.

Na meblowanie nam życia przez firmy nie powinniśmy się godzić z jeszcze jednego powodu. Jeśli wierzyć Jeremy’emu Rifkinowi, autorowi głośnej książki „End of Work” (Koniec pracy, 1995), trwająca właśnie trzecia rewolucja przemysłowa, która buduje totalnie zautomatyzowaną i produkcyjnie superwydajną gospodarkę, zakończy się „erą postrynkową”. A w niej większość z nas nie będzie miała pracy lub będzie jej miała mało. Już więc choćby z tego względu nie powinniśmy uzależniać się od pracy pojętej jako świat ostateczny. Niedługo bowiem wielu z nas może zostać sierotami epoki postrynkowej. Ludzie o zredukowanej prywatności, niemający mocnego emocjonalnego oparcia w życiu pozazawodowym, zniosą tę sytuację szczególnie ciężko.

Dla Marsha kluczowa w walce o ocalenie jest równowaga: teraz więcej czasu dla siebie – na emeryturze więcej pracy. I dbałość o sferę emocjonalną, intelektualną, duchową – a nie tylko zapisanie się na siłownię, co jest dziś powszechnym pomysłem pracoholików na „zadbanie o siebie”.

Najważniejsze jest to, jak gospodarujesz własną uwagą –to klucz do równowagi i spełnienia. Dlatego wiedź życie skupione –postuluje w książce „Rapt” („Skupienie”, 2009) Winifred Gallagher, amerykańska psycholożka. Technologia i presja pracy osłabiają naszą zdolność do koncentracji, a to wiedzie ku poczuciu rozproszenia życia, niepanowania nad nim. Zbyt intensywne funkcjonowanie w dwóch środowiskach gasi w nas zdolność do refleksyjnego myślenia, bez której jesteśmy bezbronni wobec poważnych problemów. Jeśli chcesz się uratować – zatrzymaj się, skoncentruj na rzeczach w twoim życiu naprawdę istotnych.

Shawn Achor określa takie działanie jako zwalczanie w sobie „kulturalnego ADHD” – czyli wykształconego w nas (w dużym stopniu przez pracę) zwyczaju wykonywania wielu zadań w tym samym czasie. I podpowiada podobne jak Gallagher rozwiązanie – medytację i skupienie się na jednej sprawie.

 

 

Szczęście z dłubania w marmurze
Bardziej radykalną, choć idealistyczną wersję postulatu dbania o siebie jako ucieczki od niewoli pracy i konsumpcji wysuwają lord Robert Skidelsky, emerytowany wykładowca ekonomii politycznej, oraz jego syn Edward, filozof. Właśnie ukazała się ich książka „How Much is Enough? Money and the Good Life” (Jak dużo znaczy dosyć? Pieniądze i dobre życie). Uważają oni, że człowiek żyje po to, by prowadzić „aktywność bez nominalnego końca”. I że kluczem do przywrócenia sensu pracy i uwolnienia w ludziach energii jest zapewnienie im godnej egzystencji, by mogli bez przeszkód oddawać się swoim pasjom. „Rzeźbiarz zaabsorbowany cięciem marmuru – piszą – nauczyciel pochłonięty przekazywaniem złożonych idei, muzyk walczący z materią muzyki, naukowiec badający tajemnice przestrzeni i czasu – tacy ludzie nie mają innego celu, niż robić dobrze to, co już robią”.

Każdy obywatel powinien więc otrzymywać od państwa płacę lub posag kapitałowy w chwili narodzin – na tyle duże, by mógł pracować zarobkowo tylko na pół etatu. Ryzyko, że ludzie marnowaliby pieniądze np. na hulaszcze życie, byłoby „ograniczane przez ograniczenie wydatków do określonych, akceptowanych celów (jak edukacja)”. Szkoły uczyłyby ludzi, jak spędzać wolny czas. Nadmierną konsumpcję poskramiałby progresywny podatek, więc ludzie, zamiast zaharowywać się na śmierć dla kolejnego auta, koncentrowaliby się na swych pasjach.

 

 

Kairos, czas doskonały
Chronos był brodatym starcem o bujnych lokach. Kairos, choć młody, zza bujnej grzywki
świecił łysiną. Starożytni Grecy wierzyli, że komu uda się go za tę grzywkę złapać (a było
to arcytrudne, bo Kairos mijał człowieka w mgnieniu oka), ten będzie miał szczęście.
Dlatego ten mały bożek uosabiał też alternatywny w stosunku do Chronosa wymiar czasu. Chronos był czasem linearnym, Kairos – osobnym, własnym dla każdego człowieka. Czasem, w którym każdy z nas przeżywa swoje szczęście. Doskonałym.

Norweg Geir Berthelsen, który pod koniec lat 90. założył Światowy Instytut Powolności,
think tank promujący alternatywny wobec postmodernistycznej kultury rywalizacji i wydajności styl życia, właśnie na osiągnięciu równowagi między chronosem a kairosem opiera swą koncepcję szczęścia. Kluczem do równowagi między życiem a pracą są według niego właściwe proporcje między czasem wspólnym a czasem, który mamy tylko dla siebie. Jeśli ten czas dla siebie odzyskasz, odnajdziesz spokój i równowagę.

Szczur korporacyjny jest stworzeniem, które żyje tylko w czasie linearnym. By móc kiedyś
po faustowsku krzyknąć: „Trwaj, chwilo, jesteś wieczna!” –musisz wpierw zrozumieć, że nie jesteś szczurem, a życie to nie wyścig. Inaczej jedyną perspektywą, jaka pozostanie na twoim horyzoncie, będzie wygrana w wyścigu. A tu rzeczy mają się tak, jak skomentowała je swego czasu amerykańska aktorka komediowa Lily Tomlin: „Problem z wyścigiem szczurów polega na tym, że nawet jeśli wygrasz, wciąż jesteś szczurem”.

 

 

Co zrobić z wolną nocą?
Leslie A. Perlow, psycholożka z Harvardu, poddała testowi na niezależność od korporacji sześciu uczestników takiej gonitwy –pracoholików z Boston Consulting Group. Każdy miał
wybrać jedną noc w tygodniu (od godz. 18 do rana), podczas której byłby elektronicznie nieosiągalny dla szefów i współpracowników. Tej nocy miał robić cokolwiek, byle tylko nie pracować i nie myśleć o pracy.

Okazało się jednak, że mimo zgody szefów część badanych wcale nie miała ochoty
na uwolnienie ze smyczy. – Jeden powiedział mi nawet, że nie wiedziałby, co z taką wolną
nocą zrobić – przyznała Perlow. Zadbała więc o jeszcze jeden zawór bezpieczeństwa: gdyby sprawa w firmie wymagała zaangażowania akurat któregoś z uczestników eksperymentu, miał on zostać niezwłocznie o tym zawiadomiony.

Wtedy nastąpił przełom –w pracoholików wstąpił nowy duch: nie tylko chętnie skorzystali z okazji, by w tygodniu mieć jedną noc „off”, ale zaczęli być bardziej twórczy, poczuli przypływ energii i satysfakcji z pracy. Byli bardziej zaangażowani, rozmowni i chętniej
wyznaczali sobie priorytety. Zaczęli też myśleć o tym, jak podnieść własną produktywność.

 

 

Bycie „off” się opłaca
Pod wpływem takich odkryć coraz więcej prezesów firm zaczyna sobie zdawać sprawę z tego, że jeśli pozwolić pracownikom na więcej prywatności, na bycie poza zasięgiem, ich produktywność nie zmaleje, lecz wzrośnie.

Na początku 2012r. Volkswagen zawarł porozumienie z grupą swoich pracowników, którzy używali służbowych telefonów BlackBerry. Zgodnie z umową serwer przesyłający do nich
maile zatrzymywano pół godziny po zakończeniu zmiany i włączano pół godziny przed roz-
poczęciem zmiany następnego dnia.

– Czy to już trend? – zastanawiał się „New York Times” na wieść o tym eksperymencie. Wiele wskazuje na to, że jeszcze nie trend, ale już konieczność.

Tony Schwartz, prezes Energy Project –firmy, która pomaga przedsiębiorstwom w radzeniu sobie z przeładowaniem informacjami – tak skomentował sprawę na łamach „NYT”: „Każda rozważna organizacja zdaje sobie sprawę, że to problem, z którym musimy sobie poradzić”. I zasugerował, byśmy na początek, np. rano, kiedy jesteśmy najbardziej produktywni, nie odbierali komórek i nie czytali maili przez, powiedzmy, półtorej godziny…

Kto wie, może warszawska firma Andrzeja nie stałaby dziś na krawędzi plajty, gdyby jego szef, zamiast czytać po nocach maile od nadgorliwych podwładnych, od czasu do czasu przeczytał Tołstoja.”




Copyright Monika Trawinska 2014.