Dlaczego spełnianie dziecięcych marzeń nie jest dziecinne.

Koniec roku jest często okazją do wszelkich podsumowań, głównie służących rozrywce: najlepiej ubrana celebrytka, najpopularniejszy aktor, największy obciach. Oczywiście Sylwester to dobra okazja do wygłupów i zabawy, warto szukać takich pretekstów w codzienności. Jednak kiedy cekinowa kreacja ląduje w szafie, okres ten nieodmiennie staje się dla mnie bardzo refleksyjny. Zachęcam Was także do tego, by zamiast formułować postanowienia noworoczne (o których nie będziecie pamiętać za dwa tygodnie) zatrzymać się na moment i podsumować upływający czas. Ile poświęcamy go na pracę, zakupy, siedzenie przed telewizorem lub komputerem, a ile na wszystko to, co jest dla nas najważniejsze. Co powoduje, że życie staje się magiczną przygodą, pełną pasji, ciekawości i śmiechu aż brzuch boli. Często powtarzamy, że brakuje nam czasu. Gdybyśmy tylko mieli go więcej odżywialibyśmy się lepiej, ćwiczyli więcej (lub zaczęli), chodzili na spacery, porozmawiali przez chwilę z sąsiadem. Planujemy to na „kiedyś”. Ale ono ciągle nie nadchodzi. Prosta prawda którą większość z nas podświadomie przeczuwa brzmi: nigdy nie będziemy mieli więcej czasu. Upychamy więc dość chaotycznie sprawy, które uznajemy za priorytetowe, a kiedy przychodzi czas podsumowania okazuje się, że i tak nie udało nam się nawet w części zrealizować śmiałych planów. Cóż, dużo jest porad jak wyznaczać sobie cele. Można kupić wiele podręczników, pójść na różnorodne szkolenia. Są osoby którym to pomaga. Jednak czasem można odnieść wrażenie, że ciągła pogoń za kolejnymi celami jest sensem życia. A przecież to życie – samo w sobie, jest naszym najważniejszym zadaniem. Wyczynowe wymyślanie celów, połączone ze społeczną presją by były one wielkie (bo to świadczy o naszej wyjątkowości), niesie jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Zamiast poznawać siebie oraz własne pragnienia zaczynamy sztucznie generować zadania, których wykonanie ma przynieść nam szczęście i spełnienie. Lista potrafi być bardzo długa. Jednak jak bardzo byśmy się nie starali, dwoili i troili, dopada nas pustka. Dlaczego? Bo coraz głębiej zakopujemy nasze prawdziwe marzenia. Te, które przyprawiały o dreszcz emocji w dzieciństwie, przez które nie przespaliśmy wielu nocy wyobrażając sobie ich spełnienie. Wszyscy je pamiętamy, ale jako dorośli często cenzurujemy jako głupie, absurdalne lub infantylne.



Tak Randy Pausch, autor książki „Ostatni wykład” opisuje spełnianie swoich dziecięcych marzeń:


„Najszczęśliwsze miejsce na Ziemi”


W roku 1969, kiedy miałem osiem lat, moja rodzina wyruszyła w podróż przez cały kraj, żeby zobaczyć Disneyland. Była to istna wyprawa. I gdy już tam dotarliśmy ogarnął mnie niekłamany zachwyt. Znalazłem się w najwspanialszym miejscu, jakie kiedykolwiek widziałem.

Stojąc w kolejce z innymi dzieciakami, byłem w stanie myśleć tylko o jednym: „Nie mogę się doczekać, kiedy sam będę tworzył coś takiego”.


Dwadzieścia lat później, kiedy zrobiłem doktorat na wydziale informatyki Carnegie Mellon, uznałem, że dzięki temu mam wszelkie kwalifikacje, by robić cokolwiek, więc sporządziłem czym prędzej podanie o pracę w Walt Disney Imagineering. Dostałem od nich najmilszy list odmowny, jaki zdarzyło mi się kiedykolwiek otrzymać. Napisali, że rozpatrzyli moje podanie i że nie dysponują „żadnym stanowiskiem, które odpowiadałoby pańskim kwalifikacjom”.

Żadnym? Ta firma słynie z tego, że zatrudnia armię ludzi do zamiatania ulic! Disney nic dla mnie nie znalazł? Nawet miotły?


A więc niepowodzenie. Powtarzałem jednak w myślach swoją mantrę: mury wznosi się nie bez powodu. Wyrastają nie po to, by nas powstrzymać. Wyrastają po to, by pokazać nam, jak bardzo czegoś pragniemy.


A teraz przejdźmy szybko do roku 1995. Zostałem profesorem na Uniwersytecie Stanowym Wirginii, gdzie pomogłem stworzyć system o nazwie „Rzeczywistość wirtualna za pięć dolarów dziennie”. Działo się to w czasach, gdy eksperci od rzeczywistości wirtualnej twierdzili z uporem, że potrzebują pół miliona dolarów, by cokolwiek zrobić. Razem z kolegami z uczelni udało mi się stworzyć niskobudżetowy system rzeczywistości wirtualnej. Ludzie ze świata informatyki uznali, że jest całkiem niezły.


Niedługo potem dowiedziałem się, że Disney Imagineering pracuje nad projektem rzeczywistości wirtualnej. Było to otoczone ścisłą tajemnicą, w każdym razie chodziło o atrakcję w stylu Aladyna, która pozwalałaby ludziom latać na magicznym dywanie. Zadzwoniłem do Disneya i wyjaśniłem, że zajmuję się zawodowo rzeczywistością wirtualną i że potrzebuję informacji na ten temat. Byłem śmiesznie uparty; łączyli mnie bez końca z różnymi osobami, aż w końcu słuchawkę podniósł jakiś facet nazwiskiem Jon Snoddy. Tak się złożyło, że był to sam genialny szef zespołu disnejowskich inżynierów. Czułem się tak, jakbym zadzwonił do Białego Domu i uzyskał połączenie z prezydentem.


Pogadaliśmy chwilę, a potem oznajmiłem Jonowi, że wybieram się do Kalifornii. Może byśmy się spotkali? (Prawda wyglądała tak, że gdyby odpowiedział twierdząco, to jedynym powodem mojego przyjazdu byłaby chęć zobaczenia go na własne oczy. Poleciałbym na Neptuna, żeby na niego spojrzeć!). Odparł, że okej. Skoro przyjeżdżam to możemy spotkać się na lunchu.


Wcześniej odwaliłem osiemdziesiąt godzin pracy domowej. Poprosiłem wszystkich ważniaków od rzeczywistości wirtualnej, jakich tylko znałem, żeby podzielili się ze mną swoją wiedzą na temat projektu Disneya. W rezultacie, kiedy w końcu spotkałem się z Jonem, był pod wrażeniem mojego przygotowania (łatwo udawać mądrego, kiedy papuguje się mądrych ludzi). Pod koniec lunchu wyskoczyłem z „prośbą”.

„Mam urlop naukowy” – oświadczyłem.

„A co to takiego?” – spytał, ja zaś poczułem przedsmak rozdźwięku kulturowego między nauką a rozrywką.

Kiedy wyjaśniłem mu, na czym polega urlop naukowy, uznał, że byłoby nieźle, gdybym spędził ten czas w jego zespole. Zawarliśmy układ: przyjadę na sześć miesięcy, popracuję nad projektem i opublikuję materiał na ten temat. Byłem zachwycony. Nie zdarzało się, by Imagineering zapraszało takiego pracownika akademickiego jak ja do udziału w otoczonej tajemnicą operacji.

Jedyny problem: na tak ekscentryczny urlop naukowy potrzebowałem zgody moich szefów.


No cóż, każda historia Disneya wymaga obecności jakiegoś złego charakteru i w moim przypadku był to pewien dziekan z Uniwersytetu Wirginii. „Dziekan Wormer” (jak ochrzciła go moja żona Jai, zapożyczając to miano z filmu „Menażeria”) obawiał się, że Disney wyssie z mojej głowy całą tę „własność intelektualną”, która w gruncie rzeczy należała do uniwersytetu. Oponował przeciwko temu, co zamierzałem zrobić. Spytałem go: „Czy w ogóle sądzi pan, że to dobry pomysł?”. A on na to: „Nic nie sądzę”. Ów dziekan stanowił dowód, że najbardziej nieprzeniknione mury mają postać człowieka.


Ponieważ nic nie mogłem z nim wskórać, poszedłem do dziekana, w którego gestii leżały badania sponsorowane. Spytałem go: „Myśli pan, że to dobry pomysł?”. I on odpowiedział: „Mam za mało informacji, by się wypowiadać. Wiem jednak, że jeden z moich najlepszych pracowników siedzi teraz w moim gabinecie i jest naprawdę podekscytowany. Zatem pan niech mi powie więcej o tej sprawie”.

Oto lekcja dla menadżerów i ludzi z administracji. Obaj dziekani powiedzieli to samo: że nie mają pojęcia, czy mój urlop naukowy to dobry pomysł. Ale zauważcie, jak odmiennie to zrobili!


Skończyło się na tym, że pozwolono mi wziąć urlop naukowy; jednym słowem spełniło się moje marzenie. Przyznam się wam do czegoś, co dowodzi, jak jestem postrzelony. Wkrótce po przyjeździe do Kalifornii wskoczyłem w swój kabriolet i popędziłem do siedziby Disney Imagineering. Był gorący letni wieczór, w głośnikach dudniła muzyka z „Króla lwa”. Po mojej twarzy zaczęły spływać łzy, kiedy podjechałem pod budynek firmy. Oto byłem tu, dorosła wersja tamtego ośmiolatka, który patrzył na Disneyland z zachwytem. W końcu znalazłem się tam, gdzie pragnąłem.




„Nigdy nie dostałem się do NFL”


Kocham football. Nie tylko jako kibic. Zacząłem grać w wieku lat dziewięciu i football pomógł mi stać się tym, kim jestem dzisiaj. I choć nie dotarłem do NFL, myślę czasem, że w tym wypadku osiągnąłem więcej, podążając za tym marzeniem i nigdy go nie spełniając, niż dzięki innym marzeniom, które udało mi się zrealizować.


Mój romans z footballem zaczął się w chwili, gdy ojciec, wbrew mojej woli, zmusił mnie do grania w lidze młodzieżowej. Nie chciałem tego. Byłem od urodzenia mięczakowaty i wśród dzieciaków odznaczałem się najniższym wzrostem. Mój strach przerodził się w niekłamane przerażenie, kiedy zobaczyłem swojego trenera, Jima Grahama, faceta potężnego jak ściana, mierzącego sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Był zawodnikiem drugiej linii w drużynie Pensylwanii i naprawdę pochodził ze starej sportowej szkoły.


Podczas pierwszego treningu wszyscy byliśmy śmiertelnie przerażeni. Co więcej, trener nie przyniósł żadnych piłek. W końcu jeden chłopak postanowił przemówić w naszym imieniu.

„Przepraszam, trenerze, ale tu nie ma w ogóle piłek”.

Trener Graham odparł:

„Nie potrzebujemy żadnych piłek”.

Zapadło milczenie, podczas gdy my zastanawialiśmy się nad jego słowami…

„Ilu mężczyzn znajduje się jednocześnie na boisku?” – spytał nas.

Jedenastu w każdej drużynie. Razem dwudziestu dwóch.

„A ilu dotyka piłki w jakimkolwiek momencie?”

Jeden.

„Zgada się!” – oświadczył. – „Będziemy więc pracować nad tym, co robi pozostałych dwudziestu jeden”.


Podstawy. Na tym polegał dar, który otrzymaliśmy od trenera Grahama. Podstawy, podstawy, podstawy. Jako wykładowca wyższej uczelni widziałem, jak wielu młodych ludzi ignoruje tę lekcję, zawsze ze szkodą dla siebie: musisz opanować podstawy, bo w przeciwnym razie nie uda ci się nigdy to, co uważasz za bardziej skomplikowane.


***


Trener Graham dawał mi nieźle w kość. Zapamiętałem w szczególności jeden trening.

„Robisz to nie tak jak trzeba Pausch. Wracaj! Zacznij jeszcze raz!”.

Próbowałem zrobić to, czego żądał. Nie wystarczyło mu.

„Nie wykręcisz się tak łatwo, Pausch! Po treningu będziesz robił pompki!”

Kiedy w końcu dał mi spokój, podszedł do mnie jeden z asystentów.

„Trener Graham dał ci wycisk, co?” – spytał.

Z trudem wymamrotałem: „Tak”.

„To dobrze” – zapewnił mnie. – „Kiedy chrzanisz wszystko i nikt ci już nic nie mówi, to znaczy to, że dali sobie z tobą spokój”.


Zapamiętałem tę lekcję do końca życia. Kiedy się przekonujesz, że coś ci nie wychodzi i że nikt już nie zawraca sobie głowy, by ci o tym powiedzieć, to jest naprawdę kiepsko. Być może nie chcesz tego słyszeć, ale twoi krytycy to często ci, którzy mówią, że cię wciąż kochają i że zależy im na tobie, i że pragną, by poszło ci lepiej.

Dużo się ostatnio mówi o dawaniu dzieciom poczucia własnej wartości. Nie jest to coś, co można komukolwiek dać; to coś, co dzieci muszą same w sobie rozwinąć. Trener Graham nie przytulał do piersi. Poczucie własnej wartości? Wiedział, że jest tylko jeden sposób, w jaki można rozbudzić je w dzieciakach: kazać im zrobić coś, czego zrobić nie są w stanie; harują ciężko, aż przekonują się, że mogą to zrobić; i tak w kółko.

Kiedy trener Graham zaczął się mną zajmować, byłem mięczakowatym dzieciakiem bez jakichkolwiek umiejętności, bez siły fizycznej i kondycji. Ale dzięki niemu uświadomiłem sobie, że jeżeli będę pracował dostatecznie ciężko, to zrobię w przyszłości pewne rzeczy, których nie mogę zrobić dzisiaj. Nawet teraz, kiedy skończyłem czterdzieści siedem lat, potrafię rzucać piłką tak, że nie powstydziłby się tego żaden zawodnik NFL.


Zdaję sobie sprawę, że w obecnych czasach facet taki jak trener Graham mógłby wylecieć z ligi młodzieżowej. Byłby zbyt twardy. Rodzice by się na niego skarżyli.

Pamiętam jeden mecz, kiedy graliśmy okropnie. W przerwie, śmiertelnie spragnieni, omal nie wywróciliśmy kubła z wodą. Trener Graham nie owijał w bawełnę: „Jezu! Po raz pierwszy od początku gry widzę, jak naprawdę się ruszacie, chłopaki!”. Mieliśmy tylko po dziesięć lat i staliśmy w bezruchu, przerażeni, że będzie chwytał nas po kolei i miażdżył gołymi rękami.

„Woda?” – warknął. – „Chcecie wody, chłopaki?”.

Podniósł wiadro i wylał całą jego zawartość na ziemię. Patrzyliśmy, jak odchodzi. Po drodze mruknął do asystenta:

„Możesz dać wodę obronie z pierwszego składu. Tamci grali w porządku”.

Żeby nie było wątpliwości: trener Graham nigdy nie naraziłby na niebezpieczeństwo żadnego dzieciaka. Jedynym powodem, dla którego tak ciężko pracował nad naszą wytrzymałością i kondycją, była świadomość, że dzięki temu zmniejsza się ryzyko kontuzji. Dzień był zimny, wszyscy mogliśmy się napić w trakcie pierwszej połowy i nasz pęd do wiadra z wodą wynikał z faktu, że byliśmy bandą dzieciaków, a nie z prawdziwej potrzeby nawodnienia organizmu.

Mimo wszystko, gdyby zdarzyło się to dzisiaj, rodzice stojący za boczną linią boiska natychmiast wyciągnęliby telefony komórkowe, by zadzwonić do pełnomocnika ligi młodzieżowej albo nawet swoich adwokatów.

Napawa mnie smutkiem fakt, że dzieci w dzisiejszych czasach są takie rozpieszczone. Wracam myślą do tamtej chwili w przerwie meczu. Tak, chciało mi się pić. Ale ważniejsze było to, że czułem się poniżony. Wszyscy zawiedliśmy trenera Grahama, a on dał nam to do zrozumienia w sposób, którego nigdy nie zapomnieliśmy. Miał rację. Okazaliśmy więcej energii przy wiadrze z wodą niż podczas tego cholernego meczu. A to, że nas ochrzanił, coś dla nas znaczyło. Podczas drugiej połowy znów byliśmy na boisku i daliśmy z siebie wszystko.


Nie widziałem trenera Grahama od chwili, kiedy skończyłem dziesięć lat, ale od czasu do czasu jego postać pojawia się w moich myślach, co zmusza mnie do większego wysiłku, ilekroć mam ochotę coś przerwać, i każe mi być lepszym. Dał mi siłę do życia.




Konwenanse, strach, lenistwo, lęk przed śmiesznością, powstrzymują nas przed spełnianiem tych zwariowanych marzeń, małych iskier, które potrafią rozświetlić całe życie. Często to nie są duże rzeczy, ale trzeba znaleźć czas i odwagę by po nie sięgnąć. Tak wspomniany już Randy Pausch opisuje rolę dziecięcych marzeń u schyłku swego życia:


Co sprawia, że jestem wyjątkowy?

To było pytanie, które czułem się zobowiązany rozważyć. Może w tym wypadku odpowiedź pomogłaby mi ustalić, co mam powiedzieć. Siedziałem z Jai w poczekalni szpitala, oczekując na kolejne wyniki badań patologicznych, i dzieliłem się z nią myślami.


„Rak nie czyni mnie wyjątkowym” – oznajmiłem. Co do tego nie było żadnych wątpliwości. Każdego roku u ponad 37 000 Amerykanów stwierdza się raka trzustki.

Zastanawiałem się intensywnie, jak mam się określić: jako nauczyciel, informatyk, mąż, ojciec, syn, przyjaciel, brat, opiekun studentów? Wszystkie te role doceniałem. Ale czy którakolwiek z nich wyróżniała mnie z tłumu?

Choć zawsze odznaczałem się zdrowym poczuciem własnego ja, wiedziałem, że wykład wymaga czegoś więcej niż brawury. Zadałem sobie pytanie: co ja, osobiście, mam naprawdę do zaoferowania?


I właśnie wtedy, w poczekalni, zrozumiałem nagle, co to takiego. Pojawiło się w przebłysku myśli, niczym objawienie: bez względu na wszelkie osiągnięcia, to co kochałem miało swoje korzenie w dziecięcych marzeniach i pragnieniach… i w pewnym sensie udało mi się zrealizować większość z nich. Moja wyjątkowość, jak sobie uświadomiłem, polega na realizacji owych marzeń – od niewiarygodnie konkretnych do zdecydowanie dziwacznych – które określiły na zawsze czterdzieści sześć lat mojego życia. I spełniłem swoje marzenia w znacznym stopniu dzięki temu, czego po drodze nauczyłem się od niezwykłych ludzi.




Obserwując własne życie, ja także podpisuję się pod słowami Randy’ego. Jako dziecko uwielbiałam książki. Jedną z moich ukochanych był „Tajemniczy ogród”. Myślę, że właśnie dlatego, tak bardzo marzę o małym domu z ogromnym ogrodem :)


W dzieciństwie często miałam sen, że fruwam. Nie uciekałam przed niczym, zwyczajnie latałam dla przyjemności. Nad wielkimi miastami, kolorowymi dolinami. Kiedyś nawet usiadłam na chmurce i wznosiłam się wyżej i wyżej. Widziałam swoją ulicę, osiedle, miasto, kraj, kontynent, aż w końcu zobaczyłam całą Ziemię. Piękną, majestatyczną. (To było przed wynalezieniem Google Maps ;p). Dlatego zawsze kochałam pływanie. Jest bardzo podobne do fruwania :) A któregoś dnia, jestem pewna, polecę paralotnią.


Marzenie jakie próbowałam spełnić w mijającym roku być może nie jest z dzieciństwa, ale budzi we mnie takie same emocje. Od jakiegoś czasu marzę o tym, by połączyć dotychczasowe, 11 letnie doświadczenie zawodowe z Raw food, by promować zdrowe odżywianie, zadowolenie z życia, ekologiczne relacje z ludźmi, szacunek do Planety. Sięgnęłam po to, dałam z siebie wszystko, ale niestety skończyło się rozczarowaniem. TYM RAZEM. Bo nie zamierzam odpuścić.


Drugim marzeniem na nadchodzący rok jest… Cóż, może uznacie to za obrzydliwie mainstreamowe, ale uwielbiam Harrego Pottera! Tak, należę do osób które nadal czekają na list z Hogwartu… ;) W tym roku więc, z racji faktu, iż list nadal nie przychodzi, muszę się sama wybrać do Hogwartu lub chociaż do Londynu, odwiedzić kilka miejsc w których powstawał film. Kto wie, może uda mi się przecisnąć przez peron 9 i 3/4 i załapać na Hogwart Express? ;)


Howgh!



Copyright Monika Trawinska 2014.