Coś, co zrobisz tylko Ty.

Poszukiwanie pasji jest jedną z najbardziej rozwijających i zadziwiających przygód w życiu. Głównie dlatego, że pasja jest mieszanką naszych głębokich pragnień, wrodzonych predyspozycji i ciężkiej pracy nad własnym talentem. A więc jest odkrywaniem tego, co stanowi o naszej indywidualności, niepowtarzalności. Niektórzy ludzie narzekają, że nie mogą odnaleźć swojej pasji. Cóż, jej ogień płonie w sercu, czasem na przekór wszystkiemu, jak więc można jej szukać na zewnątrz?

 

Wszystkim, którzy odnaleźli już swoją pasję polecam bardzo inspirujący artykuł Renaty Arendt – Dziurdzikowskiej z majowego wydania „Zwierciadła”. To tekst do którego co jakiś czas wracam, za każdym razem znajdując impuls do szukania moich zawodowych linii papilarnych.

 

Artykuł ten dedykuję wszystkim osobom tworzącym Raw restauracje w Polsce – niedawno otwartą Suryę w Warszawie oraz Raw Organic w Krakowie, która swe otwarcie będzie miała 14 września. Robicie wielką rzecz i dajecie piękny przykład na „zestrojenie miłości z pasją i pieniędzmi”.

 

Proponujemy nowy paradygmat: to twórczość, służenie swoim talentem, wymiana z poziomu serca jest jakością decydującą o sukcesie i dostatku. To, co wewnętrzne, niewidzialne, łączymy z tym, co postrzegamy jako zewnętrzne, materialne. Możemy zestroić miłość z pasją i pieniędzmi. Zarabianie może mieć wymiar duchowy.

 

Gdy moja przyjaciółka Alina Gutek ponad 30 lat temu poznała swojego męża Romana

– dziś wybitnego popularyzatora niezależnego kina, uhonorowanego wieloma nagrodami i orderami (m. in. francuską Legią Honorową), jej rodzina była przerażona.

– Tata wziął mnie na stronę i zniżając głos, zapytał: „Dziecko, z czego wy będziecie żyć?! Przecież on tylko siedzi i ogląda filmy!”.

Roman kochał filmy.

– Wielu młodych ludzi pracuje jako wolontariusze przy festiwalach organizowanych przez mojego męża – mówi Alina. – Gdy na nich patrzę, chcę zapytać: „Co lubisz robić?”. Bo mam wrażenie, że oni pracują po to, żeby coś jeszcze wpisać sobie w CV. Kończą kolejne studia, fakultety, kursy, ale po co?

 

To samo wiele lat temu mówiła mi Joanna Białobrzeska, szefowa jednego z najprężniejszych wydawnictw edukacyjnych i prywatnej szkoły Didasko. Gdy ogłaszała w prasie, że przyjmie do pracy, zgłaszały się setki ludzi, które chciały dostać – jak wynikało z oferty – jakąkolwiek pracę. Ale ona nie chciała zatrudnić kogokolwiek. Wybierała kilkadziesiąt osób, z którymi się spotykała. Chciała poznać pasję kandydatów. Chciała usłyszeć, czym się interesują, co czytają, jakie mają cele, pragnienia, pomysły i plany. Bywało tak, że rozmawiała z kilkudziesięcioma osobami, z których każda przychodziła z grubym plikiem zaświadczeń o rozmaitych kursach i szkoleniach, a ona dochodziła do wniosku, że… nie ma kogo wybrać. Zgłaszali się ludzie zagubieni, niepewni, mało asertywni. Na wszystko się zgadzali, kiwali głowami, nerwowo ściskali kciuki, trzeba ich było ciągnąć za język. Nie byli w stanie obronić własnego zdania, ponieważ tak naprawdę nie wiedzieli, czego chcą. Joanna czekała na ludzi stanowczych, mądrych, spokojnych, samodzielnie myślących; takich, którzy potrafią opowiedzieć o sobie w sposób porywający, pogodnie usposobionych. „Każdy z nas ma mocne strony. Jeśli je widzimy i szanujemy, pracodawca też je zobaczy” – mówiła.

 

Wygląda na to, że nie dowierzamy, że talent odkryty w sercu może stworzyć dla nas pracę, która daje satysfakcję i pieniądze.

 

Twój talent tworzy rynek

 

Przez wiele ostatnich lat przyjeżdżał do Polski Rick Jarow, wykładowca akademicki i nauczyciel duchowy, autor bestsellerowej w Stanach i w Europie pozycji „Antykariera. W poszukiwaniu pracy życia”. Pytał: „Czy trzeba przegrać świat, żeby wygrać duszę?”. Mówił rzeczy niesłychane. Na przykład: „To my sami – tym, co kochamy robić – tworzymy rynek”. „Każdy z nas urodził się ze szczególnym darem i talentem. Odkrycie tego talentu i wniesienie go do świata jest naszym najważniejszym zadaniem”. To jest wątek stale obecny w literaturze poświęconej zagadnieniom rozwoju wewnętrznego. Lekarz medycyny Deepak Chopra w swoich książkach (m. in. „Siedem duchowych praw sukcesu”, „Żyć godnie i w dostatku”) pisze, że nasz talent jest tak szczególny, że nie ma nikogo na tej planecie, kto przejawiałby go w taki sposób jak my. Istnieje coś jedynego w swoim rodzaju, co możemy robić, i wywiążemy się z tego lepiej niż ktokolwiek na całej Ziemi. Każdy wyjątkowy talent i jedyny w swoim rodzaju sposób jego ekspresji zaspokaja wyjątkowe potrzeby. Korzystanie z talentu, aby zaspokoić potrzeby innych, tworzy pomyślność i dostatek.

 

Chopra uczył tego swoje dzieci. Mówił im: „Chcę, abyście się nigdy, przenigdy nie martwiły, z czego będziecie żyć. Jeśli nie potraficie zarobić na siebie, kiedy dorośniecie, ja zapewnię wam utrzymanie. Niech więc was to nie trapi. Nie pragnę, abyście koncentrowały się na osiąganiu dobrych wyników w szkole. Nie chcę, abyście dostawały najlepsze stopnie czy chodziły do najlepszych szkół. Życzę sobie jedynie, abyście pytały siebie, jak najlepiej możecie służyć ludziom i jakie są wasze wyjątkowe talenty. Macie bowiem niepowtarzalne uzdolnienia, których nie ma nikt inny”. W rezultacie dzieci ukończyły najlepsze szkoły średnie, dostawały najlepsze oceny, a w college’u były już finansowo niezależne.

 

Relacja zamiast transakcji

 

 Oto mamy dwa paradygmaty. Jeden – powszechnie obecny w naszej kulturze; wszystko jest transakcją. Świat idzie w tym kierunku – zwracają uwagę socjologowie – w kierunku zamiany inspiracji i relacji na transakcję. Nazywają ten proces finansjalizacją. Jak mówił na łamach „Polityki” Paul H. Dembinski, ekonomista, współtwórca Obserwatorium Finansów w Genewie: „Od 30 lat finansjalizacja dewastuje kolejne sfery życia społecznego. Zamienia pacjenta w klienta, a lekarza w dostawcę usługi medycznej. Ucznia zamienia w nabywcę oferty edukacyjnej, nauczyciela czyni jej wykonawcą. Czytelnika czy widza przemienia w target reklamowy, dziennikarza w mediaworkera, a naukowca – w dostawcę wiedzy. Istotą przestaje być treść relacji, a staje się wartość transakcji”.

W tym paradygmacie praca jest więzieniem, niewdzięcznym mozołem. Aby przetrwać, trzeba pracować do upadłego.

 

I drugi paradygmat – zarabianie może mieć wymiar duchowy. W książce Rity Marie Robinson „Zwyczajne kobiety, niezwykła mądrość”, zbiorze wywiadów z kobietami, które osiągnęły trwały wewnętrzny spokój i radość, jedna z bohaterek mówi: „Pieniądze to schronienie, pożywienie, szczery akt dawania. Kiedy ludzie płacą mi za zajęcia, które prowadzę, tak naprawdę nie dają pieniędzy. Ofiarują mieszkanie, jedzenie i ciepło. Jeśli to właśnie nie jest miłość, to nie wiem, czym ona jest. To jest wymiana: dajesz mi jedzenie i ciepły sweter, a ja przekazuję ci swoją wiedzę. Wspaniała wymiana”.

Świat idzie w tym kierunku – zwracają uwagę obserwatorzy transformacji świadomości, która się właśnie dokonuje. Praca może być źródłem radości, przepływu serdecznych uczuć, sensu i spełnienia. Dzieje się tak, gdy wewnętrzny ogień bierze górę nad zimną kalkulacją; gdy rezygnujemy z wyścigu popularności; gdy życie staje się tworzeniem, a nie walką o przetrwanie i dominację. Stoimy na progu tej przemiany w skali globalnej. Społeczeństwo przyszłości będzie oparte na pracy, która sprzyja życiu. Będziemy dzielić się tym, co mamy do dania. Zestroimy miłość z pracą i z pieniędzmi, które będą naturalnym wyrazem dzielenia się naszym twórczym potencjałem. Zobaczymy sukces świata wzajemnej wymiany.

 

Czy tak się stanie? Bez względu na to, w jakim kierunku zmierza nasz świat, pozostaje osobiste pytanie – czy mogę oprzeć się na swoich mocnych stronach, talentach płynących z serca? Czy praca w zgodzie z nimi zapewni mi dostatnie życie?

Rick Jarow mawia, że potrzebujemy odnaleźć własną rzekę i zanurzyć się w niej. Jeśli nie pływamy we własnej rzece, jesteśmy jak ryba wyrzucona na brzeg, umieramy. Mawia też, że szukanie swojej rzeki nigdy nie jest błędem. Nigdy.”



Copyright Monika Trawinska 2014.